Kiedy na pierwszych spotkaniach rozmawiamy o oczekiwaniach, nierzadko słyszę w gabinecie: „Chcę, żeby to wszystko poszło szybko. I żeby nie bolało”.
Słowo „szybko” często kryje w sobie potrzebę usłyszenia konkretnej ramy czasowej, daty i jasnego planu. Jesteśmy przyzwyczajeni do modelu medycznego — oczekujemy diagnozy i sprawnej kuracji, niczym u lekarza czy na rehabilitacji. Brak konkretnej obietnicy „na kiedy” sam w sobie bywa przerażający i przytłaczający.
Takie słowa są czymś absolutnie normalnym. Każdy z nas chciałby poczuć ulgę najszybciej, jak to możliwe. Już sam fakt, że osoba przychodzi do gabinetu i postanawia rozpocząć terapię, to pierwszy, ogromny krok. Kolejnym aktem odwagi i determinacji, wynikającym z potrzeby zadbania o własny dobrostan, jest już sama praca terapeutyczna.
Proces ten trwa dokładnie tyle, ile potrzebuje. Ogromnym błędem jest ocenianie siebie przez pryzmat czasu spędzonego w gabinecie. Podczas sesji zdarzają się stwierdzenia, myśli albo opinie takie jak: „kolega pomógł sobie w pół roku, a ja chodzę już dwa lata, więc coś jest ze mną nie tak”. Na drugim biegunie pojawia się obawa: skoro to tyle trwa, to ta terapia pewnie w ogóle nie działa. Kwestia tego, po czym poznać, że proces działa, to temat na osobne przemyślenia, który na pewno podejmę w przyszłych wpisach.
Oczywiście, możemy na początku skupić się na jednym bieżącym problemie i doraźnie go załagodzić, ale takie działanie ma pomóc głównie w tym, by stworzyć bezpieczną przestrzeń do dalszej, pogłębionej pracy.
Dlaczego uciekamy przed zmianą?
Odruchowe unikanie bólu fizycznego to instynkt, który pozwala nam przetrwać. Z psychiką jest podobnie — naturalnie dążymy do odsunięcia tego, co wymaga wysiłku lub wywołuje dyskomfort.
Ten skrót myślowy o „braku bólu” to często po prostu lęk przed konfrontacją. Nierzadko tkwimy w czymś nieprzyjemnym, ale nie chcemy z tego wyjść, ponieważ jest to znane. Jest nasze i daje złudne poczucie bezpieczeństwa. Zmiana to wyjście w nieznane, a niepewność z nią związana bywa trudniejsza do zniesienia niż dotychczasowe trudności.
Właśnie dlatego w procesie terapii potrzebny jest czas na stopniowe przejście przez tę zmianę, oswojenie się z nią w sposób dla nas naturalny, bez pośpiechu. Zbyt szybkie tempo może potęgować lęk i zniechęcenie, budząc poczucie, że „to nie dla mnie” — co działa przeciwnie do celu terapii i przeszkadza w jej procesie. Stąd w swojej pracy unikam stawiania sztywnych terminów, a sama potrzeba określenia „kiedy to się skończy” bywa często pierwszym tematem, któremu przyglądamy się na spotkaniach.
Pisałam już o tym przy okazji tekstu o oporze w psychoterapii — ta część nas, która hamuje proces, w rzeczywistości próbuje nas chronić przed czymś, na co być może nie jesteśmy jeszcze gotowi.
Spotykając się z osobami w gabinecie — zazwyczaj przez jedną godzinę raz w tygodniu — nie mam na celu poznania każdego detalu ich przeszłości, codzienności i życia. Po prostu to jest niemożliwe. Natomiast to, co jest możliwe i bardzo ważne, to fakt, że podczas naszych rozmów w tym czasie mogę zaobserwować powtarzające się schematy i mechanizmy. Mogę pomóc się im przyjrzeć, i z czasem je zaakceptować.
Dopiero gdy zrozumiemy ich genezę, możemy oswoić się z nimi i przyjąć je jako część siebie — nie jako ułomność, lecz pewną naszą cechę. Kiedy świadomie zaczynamy pracę nad tymi mechanizmami podczas terapii, wypracowane zmiany powoli i trwale przenoszą się na codzienność.
Co właściwie trwa tak długo?
Wiele osób zakłada, że terapia wymaga czasu, bo muszę w całości poznać ich historię. Opowiedzenie swojej historii, choć bywa wyzwaniem, najczęściej zajmuje mniej czasu niż rzeczywiste poznanie siebie, swoich zachowań i ukrytych motywów.
Samo intelektualne zdobycie nowej wiedzy o sobie to za mało. Chodzi o to, by przeżyć to, co doskonale znasz, w zupełnie nowy sposób. Z jednej strony do gabinetu przychodzą osoby, które wiedzą o sobie sporo: mają świadomość, że są nadmiernie czujne, że trudno im odmawiać, albo że wybierają relacje, które im nie służą. Z drugiej strony są osoby, dla których samo nazwanie własnych emocji to ogromne wyzwanie, a próba odpowiedzi na pytanie „co czujesz?” zajmuje wiele godzin. W obu przypadkach sama świadomość sytuacji nie wystarcza, żeby cokolwiek uległo trwałej zmianie.
Wyobraź sobie wydeptaną ścieżkę. Jest usiana dziurami, pełna błota i kamieni, a chodzenie nią bywa bolesne. Możesz doskonale widzieć, że obok rośnie trawa i można by wytyczyć zupełnie nową, łatwiejszą drogę. Ale dopóki nie zaczniesz tamtędy chodzić — wielokrotnie, świadomie — nowa ścieżka się nie wydepcze. W sytuacjach stresowych noga i tak automatycznie ucieka na stare, znane tory, bo to tam czujemy się najpewniej.
Nasze sposoby reagowania powstawały przez lata, najczęściej w dzieciństwie, i miały wtedy głęboki sens. John Bowlby nazwał je wewnętrznymi modelami operacyjnymi — to swego rodzaju matryce, na podstawie których spodziewamy się konkretnych reakcji od innych i od siebie samych. Matryca budowana przez dwadzieścia lat nie przebudowuje się podczas jednego olśnienia. Wymaga nowego, powtarzanego doświadczenia. Relacja terapeutyczna daje taką bezpieczną przestrzeń — z kimś, kto nie ocenia i nie odrzuca — w której możesz sprawdzić, czy Twoje stare mechanizmy wciąż muszą kierować Twoim życiem.
Czy szybka ulga oznacza, że coś jest nie tak?
Nie, i warto o tym pamiętać, bo bywa odwrotnie, niż podpowiada intuicja. Zdarza się, że wyraźna ulga pojawia się po pierwszych rozmowach. Samo nazwanie czegoś, co przez lata było niewypowiedziane, zdejmuje z ramion ogromny ciężar.
Zależy mi jednak, aby udało Ci się odróżnić dwie rzeczy. Ulga to sygnał, że masz przestrzeń, w której ktoś Cię uważnie słucha i przestajesz być z problemem sam na sam. Zmiana to z kolei moment, w którym w znajomej, trudnej sytuacji reagujesz inaczej niż zwykle — i potrafisz to dostrzec. Pierwsze z reguły przychodzi szybciej. Drugie potrzebuje czasu.
To wspaniale, gdy ulga pojawia się szybko, ale warto wiedzieć, że z czasem proces może stać się nieco trudniejszy. To absolutnie naturalne i nie oznacza, że zmierzamy w złą stronę lub że niczego nie osiągnęliśmy. Częściej jest to po prostu sygnał, że doszliśmy do obszarów, które wcześniej leżały poza naszym zasięgiem.
Więc ile to potrwa?
Nie wiem tego na pierwszym spotkaniu. Wiem za to, że będziemy przyglądać się temu wspólnie i masz pełne prawo pytać o czas na każdym etapie.
Nie mogę złożyć obietnicy, że będzie „szybko i bezboleśnie”. Mogę jednak zapewnić, że nie będziesz w tym doświadczeniu w pojedynkę, a to, co dotąd bolało w milczeniu, zyska przestrzeń na zrozumienie. Zresztą sama chęć, żeby „poszło szybko”, absolutnie nie jest przeszkodą w terapii. Często bywa jej pierwszym, ważnym tematem.
Jeśli chcesz zobaczyć, jak wygląda wspólna praca krok po kroku, zajrzyj na stronę proces terapii. Więcej o samej formie znajdziesz w opisie psychoterapii indywidualnej.